Artykuł: Podżegaczki z K-12

Nie ma kibica, którego nie zachwycają ich zgrabne sylwetki. Od pięciu lat stołeczne cheerleaderki są nie do pobicia.
Cheerleaders, czyli dziewczyny z pomponami. Po polsku bardziej znane jako podżegaczki (mają bowiem podżegać sportowców do walki). Po raz pierwszy pojawili się na amerykańskich boiskach i salach gimnastycznych na początku ubiegłego wieku. Pojawili, ponieważ pierwszymi podżegaczami byli... chłopcy. Zagrzewali publikę przed rozgrywkami amerykańskiego futbolu. Występowali do roku 1914. Do wybuchu I wojny światowej. Wtedy większość z nich musiała stawić się na froncie. - Nie było wyjścia. W ich role wcieliły się dziewczyny - opowiada Edward Krajewski, założyciel i trener pierwszego polskiego zespołu cheerleaderek. - Szybko okazało się, że mają bez porównania większe brawa niż cheerleadersi. I tak już zostało.

Ubrane w kolorowe, choć nieco oszczędne stroje, z wielkimi pomponami w rękach, wzbudzały wśród kibiców większe emocje niż ostateczny wynik meczu. Pojawiły się nawet opinie, że dopingujące dziewczyny zbyt rozpraszają zawodników i zamiast motywować ich do walki, osłabiają. Dzisiaj bez podżegaczek nie może obejść się żaden ważniejszy mecz koszykówki czy siatkówki. Pomponiary można również spotkać przed rozgrywkami piłki nożnej i ręcznej.

Lekka musztra

Sala gimnastyczna w jednym z praskich ośrodków sportowych. Na pierwszy rzut oka wyczuwa się gorącą atmosferę, chociaż jest na niej zaledwie kilku koszykarzy. W dodatku grają na ludzie, bo żadnego meczu nie będzie. Dziewczyny też już są po sezonie i spotkały się na ostatnim treningu przed wyjazdem na zgrupowanie do Ełku. - Kurczę, te spodnie wciąż mi spadają. Wszyłabym gumkę, ale Kaśka potem się w nie nie zmieści, a my się wymieniamy - wzdycha 15-letnia Agnieszka Niewiadomska, najmłodsza w drużynie. - Mała, popraw się, majtki ci widać! - krzyczy głośno trener wzbudzając wśród zawodniczek i kilku podglądających chłopców chichot.

Materiał na granatowe, błyszczące stroje - obcisłe spodnie i gorseciki wiązane na szyi - sprowadzono specjalnie z USA. A potem był problem ze znalezieniem firmy, która zechciałaby uszyć krótką serię - 24 kostiumy. Sportowe półbuty i związane włosy. Bo tak najwygodniej. W rękach każda z podżegaczek trzyma błyszczące pompony ze specjalnej, srebrnej folii. Trener puszcza dynamiczną muzykę, po czym na sali rozlegają się okrzyki zachwytu.

Po krótkiej rozgrzewce dziewczyny zaczynają podskakiwać, wymachiwać nogami, robić szpagaty i tworzyć skomplikowane piramidy. - Normalnie mamy trzynaście tematów (układów choreograficznych). Podczas meczu prezentujemy na ogół trzy - tłumaczy 17-letnia Ania Jabłońska, w drużynie od siedmiu lat.

Na zawody przygotowują układy specjalne. Kiedyś na przykład musiały przedstawić musztrę paradną. - Początkowo wychodziło okropnie. Bardziej przypominało pokaz żołnierek niż taniec, ale udało nam się przemycić sporo lekkich elementów i jury było zachwycone - dodaje Magda Brzezik.

Proste oczy

Wszystko zaczęło się w 1988 roku, kiedy Amerykanie zaproponowali Edwardowi Krajewskiemu wyjazd na zawody Miss Drill Team Competition w Japonii. Polska miała być pierwszym krajem spoza żelaznej kurtyny, który wystąpi w Azji. - Problem był w tym, że nie za bardzo mogliśmy wyjechać. Wiadomo, jaka była sytuacja. Postanowiliśmy więc, że wyruszymy z Moskwy jako zespół radziecki. Ja sam figurowałem na liście pasażerów jako Edward Emilianowicz Krajewski - śmieje się trener.

Pierwsze polskie cheerleaderki były uczennicami warszawskiego liceum im. Adama Mickiewicza. Długo zastanawiano się nad odpowiednią nazwą. W końcu padło na Cherries, czyli Wisienki. Dziewczyny na nazwę się zgodziły, ale stanowczo zaprotestowały przeciwko czerwonym sukieneczkom w biedronki.

Kiedy przed zawodami Polski wyjęły z walizek złożone niczym puszki pompony z krepiny, zawodniczki z innych krajów o mało nie padły trupem. W końcu Australijki zgodziły się pożyczyć Wisienkom swoje pompony (były w tych samych barwach).

- Najlepsze zgrywy były z muzyką. Jak wystąpiliśmy przy piosence ?Spoza gór i rzek? o partyzancie siedzącym pod brzozą i puszczającym bąki, to Japończykom aż oczy wyprostowały się z wrażenia... - zaśmiewa się Krajewski. - Ale byliśmy najbardziej oryginalni.

Żużel leciał w twarz

Mieli wystąpić tylko raz. W Japonii. Ale po powrocie do Polski jakoś szkoda było podziękować dziewczynom za współpracę. - Nikt nie był zainteresowany stworzeniem takiego zespołu, więc musieliśmy radzić sobie sami - wspomina Krajewski.

Po pierwsze - zmienili nazwę. Dziewczyny stwierdziły, że Wisienki brzmią zbyt dziecinnie. Zdecydowali się na B'EDKI, czyli babki Edka.

Nie było łatwo. Brak pieniędzy, problemy ze znalezieniem sponsora. Wszystko to powodowało, że podżegaczki musiały same szyć sobie stroje i robić pompony. Tańczyły przed ligą żużlową. - Trudno było nazwać to prawdziwym występem. Żużel i spaliny leciały w twarz, muzyki prawie nie było słychać - wspomina trener.

Ale potem posypały się propozycje. Podżegaczki zaczęły współpracować z drużyną koszykarską HoopPEKAES Pruszków. Stały się drużyną K-12. - Niektórzy myślą, że to od słynnego szczytu K2. Ale u nas K to pierwsza litera trenera, a dwanaście, bo tyle było nas wtedy w drużynie. Teraz powinnyśmy nazywać się K-24 - uśmiecha się Ania.

Przełom nastąpił w 1998 roku. Podżegaczki Krajewskiego zdobyły wówczas pierwsze miejsce w Mistrzostwach Polski Formacji Cheerleaders w kategorii powyżej 18 lat. Od pięciu lat nie dają sobie odebrać tytułu.

Dopóki jest energia

Żeby znaleźć się w drużynie cheerleaderek, nie wystarczy umiejętność machania pomponem oraz zgrabna sylwetka. Każdy trening to wyczerpująca praca. Dlatego słabe i ślamazarne dziewczyny nie mają szans. Z drugiej strony nie ma tak dużego odsiewu, jak w przypadku amerykańskich pomponiarek. Dziewczyny przychodzą i dochodzą. Bo treningi są za ciężkie, bo okazuje się, że na występach nie można zbić fortuny.

- Za występy praktycznie nie dostajemy pieniędzy - przyznaje Ania.

Chyba że firmy proszą je o zaprezentowanie się podczas jakiegoś przyjęcia. Ale i tak nie są to kwoty, od których mogłoby się przewrócić pomponiarom w głowach.

Zawsze ćwiczą przy muzyce. Szpagaty i inne akrobacje są dla nich niczym bułka z masłem. Za każdym razem układ choreograficzny powinien być inny.

Pilnuje tego Robert Śliżewski, choreograf i trener zespołu K-12.

Dlaczego tańczą? Bo występy przed rozwrzeszczanym tłumem pozbawiły je kompleksów i nieśmiałości. Niemal po każdym występie rozdają autografy, pozują do zdjęć. Prawie wszystkie mają chłopaków, ale nie są to koszykarze. Większość podżegaczek z K-12 jest jeszcze w szkole średniej, chociaż te najstarsze już studiują i prowadzą własne grupy.

- W cheerleadingu nie ma granicy wiekowej, do której można występować. Jeżeli zawodniczka ma energię i chęć, występuje przez lata. Wiadomo jednak, że prędzej czy później sprawność fizyczna trochę się obniży. A słaba cheerleaderka osłabia mecz - mówi Krajewski.

Joanna Krupa
"Kulisy" (dodatek do "Życia Warszawy"), Nr 27 / 2003

Strona główna | Polityka prywatności | Kontakt

© Copyright 2007 MB Projekt


Salsa | Kursy tańca